poniedziałek, 31 grudnia 2012

Notka informacyjna

Witam wszystkich! :) 


 Na wstępie chciałabym powiedzieć, że jest to opowiadanie shipperskie o tematyce czysto homoseksualnej, prosiłabym więc ludzi nietolerancyjnych o opuszczenie bloga TERAZ.


 Jest to blog poświęcony zespołowi One Direction, jednak w większej części shipperskiemu związkowi zwanemu Larry Stylinson. Opowiadanie jest czystą fikcją, więc proszę się nim nie sugerować i nie brać wszystkiego na poważnie. :)


Tytuł: I want but that's crazy...

Pairing: Larry Stylinson & hide pairing

Ograniczenie wiekowe: 15+

Streszczenie: Koncerty są męczące... a afterparty jeszcze bardziej. Nic dziwnego, że ktoś czasem potrzebuje zniknąć.

O Autorkach: 
  • @FallenDemon_ - jestem pisarką, zajmuję się całą historią i tym, jak to wygląda. Tak, to ja mam na tyle chorą głowę, żeby napisać shipperskie opowiadanie. 
  • @cailltex - założycielka, koordynatorka i korektorka tekstu (bez niej to wszystko nigdy by nie powstało, to był jej pomysł!)
  • @Caroline9202 - ta skromna osóbka zrobiła nam ten cudowny szablon, za co bardzo chcemy podziękować!

 Czytających prosimy o zostawienie komentarza- bardzo zależy mi na Waszych opiniach, bądź co bądź nie sypiam po nocach, żeby dla was pisać! :)

 O wszystkich zmianach i nowościach będziemy informować przy dodawaniu kolejnych rozdziałów.

Miłego czytania! :)

niedziela, 30 grudnia 2012

Chapter 1

  A oto i rozdział pierwszy! 
Muszę zaznaczyć, żebyście nie dziwili się datowaniu postów: jestem zmuszona trochę pokombinować, żeby wszystko wyglądało ładnie i nie było nieporządku na stronie. ;) 
Wszystkie ulepszenia będą dodawane na bieżąco.
  
  Zostawiam Was z rozdziałem sam na sam, przyjemnego czytania (liczymy na Wasze komentarze!) ;)

~*~


  -Jestem potwornie zmęczony. Serio, wejdę do tourbusa i nie dobudzicie mnie przez następne dwa tygodnie - Harry przeczesał ręką włosy, ziewając ostentacyjnie. -Widzisz? To był wyraz mojego zmęczenia. Muszę ODPOCZĄĆ, a nie włóczyć się po jakiejś imprezie...
 -Jak to nie? - wpadł mu w zdanie Louis, pojawiając się znikąd i szczerząc zęby.
 -Boże!
 -Wystarczy Louis.
 -Bardzo zabawne - Harry zaśmiał się teatralnie, pocierając skroń.  -Możemy po prostu jechać do domu? - zapytał, patrząc błagalnym wzrokiem na Liama.
 -Harry, dobrze wiesz, że na nas czekają. Chciałbyś zawieść swoich przyjaciół?
   Nastała chwila ciszy, podczas której młodszy chłopak piorunował go wzrokiem.
 -Tatooooo, proszę! - jęknął, uwieszając się na jego ramieniu.
Liam westchnął.
 -Louis, możesz pojechać z księżniczką do domu? Mówiłeś, że i tak nie chcesz za długo tam siedzieć, a wolałbym nie puszczać go samego...
 -SŁYSZAŁEM!
 -Jak dziecko... - mruknął Zayn, uśmiechając się pod nosem.
 -TO RÓWNIEŻ SŁYSZAŁEM!
 -Tak, mogę z nim pojechać - powiedział Louis, obserwując z rozbawieniem, jak Harry roztrzepuje ręką idealnie ułożone pasemko Zayna, doprowadzając go tym do szału. -Odstawię go do samego łóżka, zrobię sobie drinka i w samotności spędzę pół nocy przed telewizorem. Wiesz, w razie, gdybym musiał wciągać was totalnie zalanych przez drzwi wejściowe.
 -To nie było zabawne. Wiesz, że praktycznie nie piję - burknął Liam, odsuwając drzwi do ich tourbusa. Wsiadł, a za nim wepchnął się bezczelnie Niall i Zayn. Louis stanął przy otwartych drzwiach i teatralnym gestem z pokłonem zaprosił Harry'ego do środka.
 -Panienko Hazza, zapraszam do powozu.
Chłopak uśmiechnął się, klepiąc zaczepnie przyjaciela w ramię.
 -Dobrze wiesz, że czasy spódniczek i szpilek mam za sobą. To był bardzo ciężki okres w moim życiu.
 -To był twój pierwszy i jedyny okres w życiu - powiedział ze śmiechem Louis, za co zarobił łokieć w bok. -No co, to ty to powiedziałeś!

   Kiedy dojechali pod dom, Louis wyskoczył czym prędzej z tourbusa, ciągnąc za sobą Harry'ego i żegnając się z resztą zespołu. Przyjaciel zrzędził całą drogę, co w końcu rozzłościło Zayna. Mając dosyć kłótni, Louis praktycznie wywlókł swojego towarzysza z auta, robiąc mu wyrzuty całą drogę do drzwi wejściowych.
 -Boże, Harry, mógłbyś się zachowywać trochę bardziej profesjonalnie. Rozumiem, że jesteś zmęczony i w ogóle - Louis rzucił klucze wejściowe na szafkę i zamknął drzwi - ale to nie znaczy, że masz psuć humor i zabawę całej reszcie. Dobrze wiesz, że cokolwiek się stanie, to Liam będzie się tym najbardziej przejmował.
 -Dobra, dobra - stłumiony głos dobiegł go z kuchni. Chwilę potem usłyszał, jak otwierają się drzwi lodówki. -Będę grzeczny, mamusiu.
Louis westchnął, sadowiąc się wygodnie na kanapie i włączając telewizor. Rzadko zdarzało im się korzystać z tego domu, w końcu każdy miał swój własny, ale kiedy musieli być razem częściej, niż zazwyczaj, mieszkanie razem było najłatwiejszym sposobem utrzymania wszystkiego w ryzach i jako takim porządku. 
   Chłopak przerzucał kanały, kiedy przez salon przeczłapał Harry ze szklanką soku pomarańczowego w ręce. Dosłownie przeciągał stopami po podłodze, a kiedy dopadł schodów, wyglądał jak zniedołężniały staruszek z tempem ślimaka próbujący się wspiąć na Mount Everest.
 -Nie rób z siebie kaleki - fuknął Louis, który mimo wszystko był rozbawiony całą tą sceną.
 -Nie muszę - odparł zrezygnowany przyjaciel. -Życie jest takie ciężkie - westchnął teatralnie. -A tak poważnie, to prawie śpię na stojąco.
 -Mam ci opowiedzieć bajkę na dobranoc?
Harry odwrócił się błyskawicznie u góry schodów, unosząc brwi.
 -No chyba kpisz.
   Louis roześmiał się, kręcąc głową. Dalej przerzucał kanały, życząc przyjacielowi dobrej nocy i trochę ściszając głośność.

   Kilka godzin później, kiedy Louis nie potrafił już wysiedzieć w miejscu uznając, że jego bezcenne pośladki odkształciły się w poduszkach kanapy, wyłączył telewizor i przeciągnął się, ziewając. Wstał i ruszył do swojej sypialni, na schodach już zdejmując koszulkę i przeczesując ręką włosy.
   Cicho otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Dzisiaj nie miał już nawet siły na prysznic, poza tym nie chciał obudzić Harry'ego, który - sądząc po grobowej ciszy za ścianą - spał spokojnie.
   Louis uśmiechnął się na samą myśl o śpiącym przyjacielu. Zawsze wyglądał wtedy uroczo, niekiedy wręcz bezbronnie. Często zdarzało się tak, że zasypiali razem, na przykład podczas długich podróży. Rano budzili się w niewiarygodnych pozach, połamani, z bolącymi karkami i potwornie niewyspani.
   Chłopak wskoczył pod kołdrę, patrząc na budzik ustawiony na etażerce. Była już trzecia w nocy; martwił się trochę, że reszta nie wróciła z imprezy, ale skoro nikt do niego nie pisał i nie dzwonił, pewnie wszystko było w porządku. Odwrócił się twarzą do ściany, naciągając kołdrę na ramiona i próbując usnąć.
   Po około dwudziestu minutach nerwowego pół-snu usłyszał niepokojące odgłosy za ścianą. Brzmiało to jak pijacki bełkot, tyle, że strasznie niespokojny; zupełnie, jakby Harry miał jakiś koszmar.
   Z westchnieniem, Louis wstał, przetarł dłonią twarz i założył szorty, żeby nie wystąpić w samej bieliźnie. Wyszedł ostrożnie na korytarz i uchylił drzwi do pokoju przyjaciela. Od razu zauważył, że łóżko wygląda jak pobojowisko, a chłopak przekręca się nerwowo w obie strony.
Szerzej otworzył drzwi i na palcach wszedł do pokoju. Usiadł na skraju łóżka, patrząc na śpiącego, wziął wdech i szepnął:
 -Harry.
Zero reakcji.
 -Harry!
Nic.
 -Och, Boże - Louis złapał przyjaciela za nadgarstek, wypowiadając głośniej jego imię. Zawołany otworzył oczy, początkowo lekko wystraszony, ale zaraz potem jego wzrok uspokoił się i złagodniał, kiedy zobaczył w ciemności znajomą twarz.
 -Co ci się śniło, Hazza?
Zapytany potrząsnął głową, siadając. Na chwilę ukrył twarz w dłoniach, oddychając płytko, potem jednak podniósł głowę i popatrzył na towarzysza.
 -Czuję się jak w domu, kiedy miałem siedem lat - powiedział zachrypnięty. -Mama też przychodziła mnie utulić, kiedy miałem koszmary. Teraz już tego nie potrzebuję, ale dzięki za troskę, Lou.
   Piosenkarz poczuł się zmieszany. Chciał pomóc, a teraz wyczuł chłód i zdenerwowanie w głosie najlepszego przyjaciela. Nie wydawało mu się, żeby wszystko było w porządku, jak próbował go zapewnić Harry.
 -Curly, słyszałem. Jestem pewny, że miałeś koszmary, przecież każdy je miewa. Nie ma się czego wstydzić, chcę tylko jakoś pomóc. Może zrobić ci herbaty? - zatroskany spojrzał na Harry'ego, marszcząc brwi. Ten pokiwał powoli głową, biorąc głęboki wdech i długo wypuszczając powietrze.
 -Dzięki, Lou. Za moment zejdę do kuchni, daj mi tylko... chwilkę.
   Chłopak zgodził się, wychodząc z pokoju. Zszedł na dół, a chwilę później w domu dało się słyszeć gwizd czajnika, który skutecznie zagłuszył cichy dzwonek jego telefonu.

 -I co? - zapytał Niall, patrząc na Zayna i przestępując z nogi na nogę.
 -NIC - warknął ostro ten drugi, włączając przycisk ponownego wybrania kontaktu. Był mocno zdenerwowany i martwił się o Liama, a Louis nawet nie odbierał telefonu, nie wspominając o odpisywaniu na esemesy. 
 -Cholera!
 -Nie denerwuj się - uspokoił go Irlandczyk, kładąc mu rękę na ramieniu. Zayn wypuścił długi wydech, ponownie wybierając numer.
 -Potwornie martwię się o Liama. Kto jak kto, ale on nie ma tendencji do znikania w połowie imprezy, będąc niezauważonym przez kogokolwiek. Nie wspomnę o tym, że on również nie spieszy się, żeby odebrać komórkę - chłopak zaklął ostro, ponownie wybierając numer. Miał już dość tego wszystkiego.
 -Jestem pewny, że gdziekolwiek jest, nie stanie mu się nic złego - powiedział uspokajająco Niall, chociaż jego oczy również wyrażały zdenerwowanie i zmartwienie. -Wróćmy do domu, w drodze zadzwonisz do Louisa jeszcze raz. Próbowałeś skontaktować się z Harrym?
 -Wyłączył komórkę.
   Niall jęknął nerwowo, kierując się w stronę tourbusa. Rozglądał się czujnie dookoła, mając w pamięci mniej i bardziej przyjemne spotkania z fankami. Zayn podążał za nim, cały czas mając telefon przy uchu i rzucając siarczyste wiązanki pod nosem.
 -Nie denerwuj się, Zayn - rzucił spokojnie blondyn, siadając za kółkiem i czekając, aż towarzysz zapnie pasy. -Po prostu poczekajmy chwilę. Dojedziemy do domu, porozmawiasz z Louisem i postaramy się znaleźć jakieś rozwiązanie. Liam jest dorosły, sądzę, że akurat on nie powinien zrobić nic głupiego.
   Odpowiedziało mu milczenie. Odpalił silnik i wyjechał z gęsto zastawionego przydomowego parkingu, kierując się w stronę ich tymczasowego domu.

   Louis zastał Harry'ego siedzącego na kanapie w koszulce i długich spodniach od piżamy, zakopanego w kocu i oglądającego jakiś nudny program w telewizji. Uśmiechnął się i postawił przed nim kubek z gorącą herbatą, siadając obok.
 -Nie powiesz mi, co ci się śniło, prawda?
 -Nie - odpowiedział automatycznie Harry, gapiąc się uparcie w ekran odbiornika.
 -Nie mam zamiaru naciskać - Louis uniósł ręce w geście obronnym.  
   Zaczął razem z przyjacielem oglądać program, ale po chwili zaalarmował go odgłos silnika samochodowego na podjeździe. Harry też to usłyszał i zmarszczył brwi.
 -Poczekaj chwilę - mruknął starszy z nich i wstał, kierując się do drzwi wejściowych. Uchylił je w momencie, kiedy Niall wyciągał klucze z kieszeni.
 -Co tutaj robicie o tak wczesnej porze? - zapytał pół żartem, pół serio Louis.
 -Próbujemy znaleźć Liama - odparł blondyn.
 -I się do ciebie dodzwonić, dupku - warknął niebezpiecznie Zayn, wpadając do mieszkania jak burza i po raz kolejny przykładając słuchawkę do ucha, tym razem wybierając numer Liama.
   Louis niczego nie rozumiał. Pozwolił, żeby Niall i Zayn zdjęli buty i kurtki, a potem posadził ich w salonie koło zdziwionego Harry'ego i zadał im kilka pytań o całą sytuację.
 -Więc.. Liam po prostu rozpłynął się w powietrzu, tak?
Dwóch chłopaków przytaknęło jednocześnie, mając naprawdę zmartwione miny.
 -Ale.. jak to się stało? Kiedy?
 -Właśnie tego nie wiemy - odparł smętnie Niall, zmęczony opadając na poduszki. -Liam zniknął.

sobota, 29 grudnia 2012

Chapter 2

  Wiem, że szybko, ale widząc liczbę wejść i komentarzy uznałam, że dodanie rozdziału dzisiaj nie będzie takim złym pomysłem. :)
  Cóż mogę powiedzieć.. Wydaje mi się, że nie wyszło źle, a wręcz jest pretty good (i przydługo). Może i nie jest to dokładnie to, czego niektórzy z Was mogli oczekiwać, ale dałam z siebie 110% w tym rozdziale. ;)
   No, to oddaję go w Wasze łapki!
   Liczę na komentarze, jestem BARDZO ciekawa Waszych opinii! 

Dla przyjemniejszego czytania...


~*~


  Była piąta nad ranem, kiedy czterech chłopaków nadal siedziało w salonie i nieskutecznie próbowało się skontaktować z piątym z paczki. Każdy dzwonił do Liama po kilkadziesiąt razy ze swojej komórki- za każdym razem po ósmym sygnale odzywała się automatyczna sekretarka.
 -Cholera! - fuknął Zayn, uderzając pięścią w kanapę i wypuszczając powietrze z płuc. Niall położył mu uspokajająco rękę na plecach i powiedział kilka cichych słów. -Nie wydaje mi się, żeby wszystko było w porządku – odpowiedział na to Zayn. -Mam głupie przeczucie, że Liam w coś się wpakował.
 -Liam? W coś się wpakował? - Harry prychnął cicho. -Proszę cię, Liam jest najporządniejszy z nas wszystkich, nikomu przy tym nie uwłaczając. Wydaje mi się, że po prostu przeniósł się na inną imprezę albo zagrzał miejsce u dziewczyny, którą tam poznał – na ostatnie kilka słów odpowiedziały mu trzy pary wysoko uniesionych brwi. -Liam nie rozmawiał z żadną dziewczyną?
   Niall pokręcił głową, zaciskając nerwowo usta i podrygując kolanem.
 -Widzieliśmy go średnio co kilkanaście minut. Przeważnie rozmawiał z kimś, kogo wszyscy znaliśmy, albo esemesował z kimś... - głos blondyna zawisł w powietrzu, oświecając ich wszystkich.
 -Kto ma stary telefon Liama? Ten, w którym była stała karta pamięci kontaktów? - zapytał Louis, patrząc po kolei na swoich towarzyszy. Zayn wyrwał z miejsca, o mało co nie zabijając się na schodach.
 -Boże – sapnął Niall – miejmy nadzieję, że od dwóch tygodni nie przybyło mu zbyt wielu nowych kontaktów. I że którakolwiek z osób na liście będzie wiedziała, co się z nim stało...

  -Tak... Tak, bardzo dziękuję. Przepraszam jeszcze raz za tak wczesną porę – Zayn rozłączył się i odłożył komórkę na stolik. Westchnął, przeciągając dłonią po policzku. -Wendy była ostatnia na liście, do siebie samego przecież nie zadzwonię – oznajmił, patrząc zmęczonym wzrokiem na Nialla i wymieniając z nim telepatyczne obawy o przyjaciela. Chwilę potem powiódł wzrokiem po twarzach Louisa i Harry'ego. -Może powinniście położyć się spać? Bez urazy, Harry, ale wyglądasz okropnie...
   Harry zmarszczył brwi, łącząc pojedyncze słowa w zdanie. Był nieziemsko zmęczony, ale zbyt martwił się o przyjaciela, żeby iść spać- żeby w ogóle móc usnąć.
 -Dam radę, wszystko jest okej – wymamrotał, naciągając koc na brodę i patrząc na Louisa. -Lou, a jak z tobą?
 -Nieźle się trzymam. Przypominam, że wpadłem na pomysł, żeby zrobić kawę – odparł, unosząc swój kubek. Trzeci z rzędu. Ręka drżała mu lekko od zbyt dużej dawki kofeiny.
   Przez chwilę wszyscy czterej milczeli. W ciągu kilku sekund Harry zdążył usnąć w niewiarygodnie dziwnej pozycji w kącie kanapy. Niall siedział bardzo blisko Zayna, który patrzył na swoje dłonie, natomiast Irlandczyk patrzył w przestrzeń, a zmęczenie odmalowywało się na jego twarzy.
   Nikt z nich nie odzywał się przez dobre kilka minut, nie licząc lekkiego pochrapywania najmłodszego z nich. Louisowi wydawało się, że to jakaś komiczna sytuacja i martwienie się nie ma sensu, ale uznał to za głupoty podszyte jego znużeniem- Liama nie było od kilku dobrych godzin i nie dawał znaku życia. Jeśli to nie był dobry moment na martwienie się, to kiedy miał być odpowiedni?
   Pierwszy z zamyślenia wyrwał się Zayn. Jego telefon wibrował cicho na stoliku do kawy obok niego. Przez kilka sekund patrzył na niego nieprzytomnie, a potem podniósł go i spojrzał na wyświetlacz.
 -Numer nieznany – mruknął, marszcząc brwi.
 -Lepiej odbierz – doradził Niall, patrząc na przyjaciela. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego.
   Zayn nacisnął zieloną słuchawkę i podniósł komórkę do ucha.
 -Słucham? - przez kilka chwil milczał, coraz bardziej marszcząc brwi i kiwając głową. Parę razy mruknął potakująco. -Dobrze, rozumiem, ale dlaczego nie zadzwoniliście do nas wcześniej? - kolejna dłuższa pauza. -Jak to nie...? Chwilkę, nie rozumiem... Co pani rozumie przez stwierdzenie "jest stabilny ale jego stan się pogarsza"?
   Mulat spojrzał na przyjaciół. W oczach widać było głęboki szok i zmartwienie. Niall momentalnie usiadł prosto i przełknął głośno, a jego policzki zrobiły cię różowe. Louis nie wiedział do końca, o co chodzi- domyślał się tylko, że Liamowi może coś grozić.
 -Rozumiem. Tak, dobrze. Mhm – Zayn popatrzył na blondyna, który przykrył dłonią jego rękę. -Rozumiem. Czy może pani jeszcze raz podać nazwę...? Dobrze, dziękuję. Będziemy tam najpóźniej za czterdzieści minut. Tak, proszę mu to przekazać. Dziękuję za telefon, do widzenia – chłopak rozłączył się i przez chwilę wpatrywał się tępo w wyświetlacz telefonu. Podniósł wzrok i spojrzał na Nialla, a potem na Louisa.
 -Zayn, co się stało? - dłonie Louisa drżały jeszcze bardziej. Przeczuwał, że przyjaciel nie ma dla niego zbyt dobrych wieści.
 -Liam... Liam jest w szpitalu.
   Irlandczyk wziął rozedrgany wdech i ukrył twarz w dłoniach. Harry zachrapał cicho, nieświadomy tego, że na tej samej kanapie właśnie rozgrywa się dramat.
 -Co mu jest? - zapytał Louis, wstając i idąc po kurtkę. Od pół godziny był kompletnie ubrany, w razie, gdyby coś się stało.
 -On... To było tak, że wyszedł na zewnątrz żeby zadzwonić, bo dostał esemesa od mamy i... Kłócili się, tyle udało się dowiedzieć pielęgniarce, kiedy się obudził... Liam wyszedł na ulicę, musiał być naprawdę wkurzony, i... potrącił go samochód – Zayn przełknął głośno, masując sobie skroń i wpatrując się w ziemię. -Jest w Queen Mary's Hospital, na intensywnej terapii.
 -Dlaczego tak daleko?
 -Nie mam pojęcia. Najwidoczniej ktoś, kto wezwał karetkę, miał numer zarejestrowany w tamtym rejonie.
   Niallowi zatrzęsły się ramiona. Zayn to zauważył i objął go ramieniem, przyciągając do siebie i uspokajając cicho. Spojrzał porozumiewawczo na Louisa, który wiązał tenisówki, i kiwnął mu głową. Oboje wiedzieli, jak chłopak będzie to znosić, dlatego lepiej było, żeby ktoś z nim został.
   Louis chwycił klucze z szafki i wsadził portfel do tylnej kieszeni. Wziął też kluczyki od swojego prywatnego samochodu i nałożył na nos ciemne okulary; był prawie pewny, że dziennikarze już wywęszyli nowinkę do swoich szmatławców.
 -Zadzwonię do was ze szpitala – rzucił przez ramię, zamykając za sobą drzwi.

  -Cholerne korki... - zaklął Louis, trąbiąc na stojące przed nim volvo. Wyrzucał sobie w myślach, że nie pojechał okrężną drogą; może byłby w szpitalu dwadzieścia minut później, ale przez korek mógł stracić dużo więcej cennego czasu.
   Chłopak poczuł, jak wibruje jego komórka. Wyjął ją z kieszeni kurtki i spojrzał na wyświetlacz.
 -Coś się stało, Curly?
 -Dlaczego mnie nie obudziliście?! - Louis musiał odsunąć telefon od ucha na kilka centymetrów, żeby nie ogłuchnąć. Harry musiał być naprawdę wkurzony. -Liam jest w szpitalu, a wy pozwoliliście mi smacznie spać na kanapie? Pogięło was?!
 -Hazza, spokojnie, poczekaj... - Louis przełączył go na tryb głośnomówiący i włożył telefon w uchwyt samochodowy, bo korek zaczął ruszać. -Posłuchaj, nie chcieliśmy cię budzić, bo byłeś naprawdę wykończony. Każdy z nas miał ciężką noc, więc chcieliśmy, żebyś chociaż ty odpoczął.
   Odpowiedziało mu rozzłoszczone westchnięcie.
 -I co, wspaniałomyślnie pomyśleliście: „Hej, może nie budźmy biednego, małego Harry'ego, przecież może się zmartwić! Jest taki zmęczony, niech odpoczywa, podczas gdy jego przyjaciel został POTRĄCONY PRZEZ SAMOCHÓD!”
 -Harry... - Louis wziął głęboki wdech, szukając w głowie jakiegoś logicznego wytłumaczenia. -Widzieliśmy, w jakim Niall jest w stanie. Ty pewnie też już widziałeś. Zayn z nim został, bo umie go uspokoić, a ja pojechałem najszybciej, jak się dało. Nie chcieliśmy cię budzić, sam widzisz, jak na to wszystko reagujesz... Jeśli chcesz, możesz przyjechać. Weź tourbusa, Niall albo Zayn mają kluczyki – zrobił krótką pauzę słuchając głośnych kroków przyjaciela. Pewnie już szedł do chłopaków. -Jedź do Queen Mary's Hospital. Tylko pojedź okrężną drogą, bo na głównej są korki.
 -Dobra – burknął Harry. Wyraźnie było słychać zamykane wejściowe drzwi i jego kroki na żwirowanym podjeździe. -Zadzwonię, jeśli dotrę tam przed tobą.
 -Uważaj na siebie – mruknął Louis, rozłączając przyjaciela.


  Harry wpadł do szpitala z prędkością światła, od razu kierując się do dobrze widocznej recepcji. Poczekał uprzejmie, jak dyżurująca pielęgniarka skończy rozmawiać przez telefon, chociaż ze zdenerwowania uderzał palcami w blat, co i tak pewnie jej przeszkadzało. Kiedy odłożyła słuchawkę, uśmiechnął się dobrotliwie i zdjął ciemne okulary.
 -Dzień dobry, jak mogę pomóc? - zapytała kobieta. Wyglądała bardzo młodo, ale widać było, że była bardzo zmęczona. Kosmyki blond włosów wymykały jej się z ciasnego kucyka.
 -Chciałbym się dowiedzieć, gdzie leży Liam Payne – powiedział spokojnie Harry, chociaż miał ochotę wykrzyczeć sobie płuca. Bardzo martwił się o przyjaciela, a nie zauważył samochodu Louisa w okolicy szpitala ani na parkingu. -Jestem jego przyjacielem, nazywam się...
 -Wiem, jak się pan nazywa – pielęgniarka uśmiechnęła się delikatnie, wystukując coś na klawiaturze komputera. -Moja młodsza siostra ma cały pokój obwieszony waszymi plakatami. Mimo wszystko, poproszę o dowód tożsamości, panie Styles.
   Harry wyjął portfel i pokazał kobiecie dowód, a ona tylko skinęła głową i kliknęła kilka razy myszką, wpatrując się w monitor.
 -Jeszcze nikt go nie odwiedzał... Proszę pójść na drugie piętro i skręcić w lewo, potem wąską klatką na czwarte piętro- to najszybsza droga, winda jest chwilowo w naprawie. Czwarte drzwi po lewo, pokój numer 269.
   Chłopak skinął głową i ruszył we wskazanym kierunku, powtarzając wskazówki pielęgniarki. Musiał się opanować i powstrzymać chęć biegu. Wyjął komórkę i wybrał numer Louisa. Po trzech sygnałach odebrał.
 -Za moment będę, właśnie parkuję – usłyszał zamiast powitania.
 -Drugie piętro, w lewo, wąskie schody na czwarte piętro, pokój 269.
 -Daj mi piętnaście minut.

 
  Louis wszedł do jasnego pokoju, patrząc na łóżko przyjaciela. Był podłączony do kilku aparatów, które pikały cicho i miarowo. Połowę głowy owinięte miał bandażem; gdyby nie okoliczności, zrobiłby mu zdjęcie i powiesił je na ścianie z podpisem „Najgrzeczniejsza mumia świata”. Teraz jednak patrzył na jego bladą twarz, fioletowego sińca na żuchwie i mętne spojrzenie.
 -Cześć, szczęściarzu – przywitał go ciepło Louis, siadając na jednym z dwóch plastikowych krzeseł obok łóżka. Liam uśmiechnął się lekko. -Gdzie Harry?
 -Poszedł po kawę, bardzo słabo się czuje – odparł chłopak. Miał lekko zachrypnięty głos i mówił z wyraźnym wysiłkiem.
   Przez chwilę oboje milczeli. Starszy z nich lustrował drugiego, dokładnie badając wszystkie jego widoczne obrażenia. Liam wyglądał na bardzo zmęczonego i Louis wcale nie zdziwiłby się, gdyby jego rozmówca usnął w pół zdania. Jednak mimo tego, poszkodowany siedział wygodnie oparty na podniesionym oparciu i był przytomny.
 -Przez telefon powiedzieli Zaynowi, że twój stan się pogarsza... - zaczął Louis, ale ten drugi uśmiechnął się delikatnie i machnął ręką.
 -Nie martw się, wszystko jest okej. Kiedy mnie tu przywieźli, było dużo gorzej. Mam dwa złamane żebra i sporo siniaków, ale nic poważniejszego mi się nie stało.
 -To dlaczego nam to powiedzieli?
 -Nie wiem – Liam wzruszył ramionami. -Może dlatego, że jak już się obudziłem, to sporo wymiotowałem i zemdlałem dwa razy. Ale jestem ofiarą wypadku, to chyba nic nienormalnego, prawda? - uniósł zabawnie brew, a jego towarzysz parsknął śmiechem.
   Otworzyły się drzwi, przez które wszedł Harry z dwoma papierowymi kubeczkami z parującą kawą. Widocznie spodziewał się Louisa przed swoim powrotem. Poszedł powoli do łóżka i podał mu jeden kubek, a porem przysunął sobie krzesło.
 -Rozmawiałeś z Zaynem? - zapytał Harry Louisa, biorąc mały łyk kawy. Musiałą być okropna, bo chłopak lekko się skrzywił.
 -Nie, jeszcze nie. Zaraz napiszę mu esemesa... - piosenkarz wyciągnął komórkę z kieszeni, odstawiając kubek z kawą na stoliczek z lekami. -Liam – zwrócił się do przyjaciela – chciałbyś, żeby przyjechali?
   Przez chwilę chłopak się zastanawiał, ale po chwili delikatnie pokręcił głową, marszcząc czoło.
 -Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, szczególnie ze względu na Nialla – powiedział spokojnie, składając ręce na wyprostowanej kołdrze.
 -Dobrze, napiszę im, żeby przyjechali jutro. Będziemy się wymieniać wizytami, okej?
 -W porządku.
   Przez chwilę słychać było ciche klikanie klawiszy komórki. Louis szybko odłożył telefon i wziął pierwszy łyk kawy.
 -O Chryste, jest okropna – skrzywił się teatralnie,wywołując uśmiechy przyjaciół. -Czego oni tam dosypali? Ziemi?
 -Podejrzewam, że cukru.
 -Ale ja nie słodzę nawet herbaty!
 -Tak, idź i powiedz to pielęgniarkom w szpitalnym bufecie. Z pewnością zrobią dla ciebie kilka osobnych termosów – rzucił Harry z sarkazmem, dopijając własną kawę. Może była niezbyt smaczna, ale przynajmniej postawiła go na nogi.
 -Liam – powiedział nagle Louis – mógłbyś nam zdradzić, jakim cudem zniknąłeś z imprezy, potrącił cię samochód i nikt nie zauważył karetki?
   Zapytany ściągnął usta powstrzymując uśmiech. Nawet z własnego wpadnięcia pod samochód potrafił się śmiać.
 -Cóż... to trochę skomplikowane. Na imprezie dostałem wiadomość od mamy, że obiecałem jej przyjechać w tym tygodniu. Wyszedłem na zewnątrz, żeby do niej zadzwonić. Poszedłem w stronę skrzyżowania, a rozmawiając zacząłem się z nią kłócić- wiem, że nie widziała mnie trzy i pół miesiąca, ale naprawdę nie dam rady przyjechać, szczególnie teraz – parsknął śmiechem, ale zaraz wziął płytki oddech; pewnie zabolały go żebra. -Tak czy inaczej, zaczęliśmy się kłócić, czego naprawdę nie znoszę. Doszedłem do skrzyżowania i poszedłem w stronę bardziej ruchliwej ulicy, bo chciałem złapać jakąś taksówkę i wrócić do domu. Zobaczyłem postój, więc przeszedłem przez pasy. Nie obejrzałem się i rąbnął mnie jakiś dziadek- moje szczęście, że jechał wolno.
   Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Harry zachował pokerową twarz, ale Louis już po chwili zaczął się cicho śmiać.
 -Co widzisz zabawnego w potrąceniu mnie przez samochód? - obruszył się Liam.
 -Jesteś jedyną osobą na świecie, która potrafi ulotnić się z imprezy żeby porozmawiać z mamą i przy okazji władować się pod samochód przerażonego dziadka – odparł ze śmiechem. Drugi z gości też nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
 -Payne, jesteś największą ofiarą w całym Londynie – dodał Harry, ukrywając twarz w dłoniach i próbując opanować śmiech.
 -A gdybym zmarł na miejscu? - rzucił, robiąc poważną minę.
   Przyjaciele natychmiast przybrali grobowe wyrazy twarzy, patrząc na siebie porozumiewawczo.
 -Wtedy – powiedział Louis – z pewnością napisalibyśmy ci na nagrobku: „Wpaść pod samochód i przeżyć to cud, ale wpaść pod wolno jadący samochód i nie przeżyć potrafi tylko Liam Payne”.




piątek, 28 grudnia 2012

Chapter 3

  Jestem praktycznie pewna, że część osób będzie chciała mnie zamordować za ten rozdział, a przynajmniej pewny jego fragment, a część osób będzie skakać z radości pod sufit.
  Wiem, wiem, dosyć krótko, ale nie byłam w stanie bardziej tego rozwinąć. Cóż, krótko ale na temat. ;)

  Mogę wam też zdradzić, że właśnie jestem w trakcie pisania rozdziału czwartego i mam już (UWAGA!) półtora strony, chociaż zaczęłam nie więcej niż pół godziny temu. Naprawdę, chyba nieźle mi idzie. 

  Mam nadzieję, że ten rozdział wam się spodoba tak, jak spodobał się Psajko. ;) 
  Czekam na wasze komentarze! ;)


~*~

   -Niall?
  Blondyn drgnął na dźwięk swojego imienia i zawiesił rękę nad strunami gitary, odwracając głowę. W drzwiach stał Zayn z rękoma w kieszeniach, patrząc na niego niepewnie.
 -Przyjechali? - nadzieja w głosie Irlandczyka była wręcz bolesna. Bardzo martwił się o Liama; nie mógł usnąć i popłakiwał, chociaż starał się to ukryć.
 -Nie – Zayn potrząsnął głową, wchodząc do pokoju przyjaciela i zamykając za sobą drzwi. -Louis napisał mi esemesa, że Liam chciałby nas zobaczyć jutro.
   Niall uśmiechnął się radośnie, odkładając gitarę. Miał tak uroczy uśmiech, a oczy tak rozpromienione, że Zayn miał ochotę go przytulić. Mocno i długo.
 -...i wiesz, może moglibyśmy zrobić mu imprezę z okazji wyjścia ze szpitala, kiedy już go wypuszczą! Zayn, słuchasz mnie? - blondyn pomachał przyjacielowi ręką przed oczami, marszcząc brwi. -Coś się stało?
 -Nie, ja tylko... - piosenkarz zastanawiał się, co może mu powiedzieć. -Znaczy, zastanawiałem się, co z Liamem. Louis i Harry jeszcze nie wrócili, i poza tym esemesem nie pisali nic innego. Nadal się o niego martwię, nawet, jeśli to nie jest nic poważnego.
   Niall spojrzał na niego badawczo, przysuwając się odrobinę. Przez kilka chwil próbował pochwycić spojrzenie Mulata, a po chwili uśmiechnął się lekko.
 -Dobrze wiesz, że nie musisz mnie okłamywać, Zayn – powiedział spokojnie, przechylając głowę. -Nie wiem, co tak naprawdę chodzi ci po głowie, ale cokolwiek to było, wolałbym poznać prawdę, niż być karmionym jakimiś wymyślonymi na poczekaniu kłamstewkami.
   Przez chwilę oboje milczeli. Trochę zakłopotany Zayn wpatrywał się w swoje dłonie, próbując ubrać to w słowa tak, żeby nie zabrzmiało idiotycznie, a najlepiej żeby nie zabrzmiało tak, jak powinna zabrzmieć prawda.
 -Wiesz, Niall... - zaczął, podnosząc wzrok na przyjaciela i patrząc mu w oczy. Zawiesił głos, zapatrzony w twarz Irlandczyka. Zagryzł wargi, biorąc głęboki oddech. Już nawet nie potrafił się opanować. -Nie wydaje mi się, żeby ta rozmowa zmierzała w dobrym kierunku. Nie chcę ci się spowiadać, obarczać cię swoimi problemami. Wystarczy ci zmartwień na dzisiaj.
   Chłopak chciał wstać, ale poczuł palce zaciskające się wokół swojego nadgarstka i znieruchomiał. Przymknął na chwilę oczy, biorąc głęboki wdech. Odwrócił się do towarzysza, nerwowo podrygując nogą.
 -Mówiłem serio, Niall. Nic ci nie powiem.
 -Nie będziesz musiał mówić.
   Blondyn nachylił się ku przyjacielowi, lekko przyciągając go za trzymaną rękę. Zayn sapnął, próbując jakkolwiek się temu oprzeć; nie miał pojęcia, co Niall na nim testował, ale nie do końca był pewny, czy to powinno się stać. Mimo wszystko, nie był w stanie stanowczo się odsunąć. Był jak sparaliżowany- mógł obserwować, co się dzieje wokół, ale nie potrafił się ruszyć, zareagować.
 -Po prostu mi powiedz, że tego chcesz – powiedział cicho Niall, uśmiechając się delikatnie. Ich twarze dzieliło nie więcej, niż dwa cale; Mulat mógł poczuć ciepło ciała przyjaciela i jego oddech na swoich ustach.
 -Ja... Ja... Niall, ja naprawdę... 

   -Naprawdę, mógłbyś się przestać zachowywać jak naburmuszony bachor – rzucił Louis przez ramię, idąc szybko przez podjazd i szukając kluczy w kieszeni.
 -Ja się zachowuję jak naburmuszony bachor? - Harry podążał za nim jak cień, z rękoma głęboko w kieszeniach spodni.
 -A nie? Ta pielęgniarka nam pomogła i chciała głupi autograf dla siostry, a ty powiedziałeś jej... Poczekaj, jak to leciało? - Louis otworzył drzwi i zamknął je za Harrym, zdejmując kurtkę i buty. - „Nie mam na to nastroju, może innym razem”. Jeszcze nigdy tak okropnie nie potraktowałeś fana, to było po prostu bezczelne.
 -Przecież ja JESTEM bezczelny! - burknął w odwecie szatyn, idąc do kuchni. Przyjaciel podążył za nim.
 -I co, może wydaje ci się, że z tego powodu możesz się zachowywać jak rozpieszczona panienka? Gwiazdorzysz tak bardzo, że czasami naprawdę nie da się tego wytrzymać.
 -Więc przestań z tym, do cholery, wytrzymać, po prostu przestań spędzać ze mną czas, czy to jest takie trudne do pojęcia?
   Wybuch Harry'ego na chwilę zbił Louisa z tropu. Wydawał się trochę rozbity kłótnią z najlepszym przyjacielem; nie wydawało mu się, żeby to zmierzało do czegokolwiek dobrego.
 -Wydaje ci się, że skoro jesteś najstarszy, a Liam nie może nas pilnować, to tobie wolno wszystko – warknął Harry. -Może popatrz na siebie, a dopiero potem zacznij oceniać innych, co?
 -To był głupi autograf, tak trudno poświęcić ci kilkanaście sekund na machnięcie markerem?
 -Tak, tak trudno mi poświęcić kilkanaście sekund na machnięcie markerem!
   Louis oparł się o blat, krzyżując ręce. Patrzył na przyjaciela, próbując spojrzeć mu w oczy, ale ten skutecznie unikał jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Po chwili starszy z nich westchnął, masując grzbiet nosa.
 -Naprawdę wydaje ci się, że możesz robić z siebie gwiazdeczkę i traktować fanów jak śmieci tylko dlatego, że jeszcze nie skończyłeś okresu dojrzewania?
   Dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedział. Szybko podniósł wzrok na Harry'ego, ale ten już na niego patrzył. Miał minę, jakby ktoś właśnie wymierzył mu solidny policzek. Louis chciał przeprosić, ale coś w oczach przyjaciela, ból rodzaju, którego nie potrafił sklasyfikować, skutecznie powstrzymał go przed mówieniem.
 -A ty kim się czujesz, Tomlinson, żeby mówić mi takie rzeczy? - powiedział powoli chłopak, mrużąc oczy i przybierając bardziej nonszalancką pozę. -Uważasz, że skoro masz kilka lat przewagi, to możesz ze mnie robić rozbitego emocjonalnie dzieciaka? Chcesz mi powiedzieć, że jestem niedojrzały?
 -Hazz, posłuchaj...
 -Nie, to ty mnie posłuchaj – Harry wycelował palec w przyjaciela, zbliżając się kilka kroków. -Czujesz się najważniejszy, bo jesteś najstarszy z nas wszystkich. Masz się chyba za ósmy cud świata- i muszę cię cholernie rozczarować, bo tak nie jest. Jesteś w stanie powiedzieć swojemu, rzekomo, najlepszemu przyjacielowi, że jest niedojrzały tylko dlatego, że nie chciał dać durnego autografu pielęgniarce – zaczął podnosić głos - którą i tak zobaczy za dwa dni. Może zanim zaczniesz mielić językiem, zastanów się, czy przypadkiem nie mówisz o sobie, co?
 -Co ty próbujesz mi wmówić?
 -Próbuję ci do cholery pokazać, że oczerniasz wszystkich po kolei, a z siebie robisz niewinną panienkę! Co to ma właściwie być za przedstawienie?!
 -Przegiąłeś, Styles. W tej chwili zachowujesz się jak gówniarz ze zbyt wielkim ego.
 -Coś ty powiedział?
 -Powiedziałem, że zachowujesz się jak – Louis zaczął głośniej wymawiać kolejne słowa – gówniarz! ze! zbyt! wielkim! ego!

   Zayn chciał właśnie powiedzieć Niallowi, czego naprawdę w tej chwili chce i jak bardzo tego pragnie, ale usłyszał trzask drzwi kuchennych. Odsunął się delikatnie od przyjaciela, słysząc podniesione głosy. Oboje zmarszczyli brwi, wstając.
 -Co tam się dzieje? - zapytał blondyn, wychodząc ze swojego pokoju.
 -Nie mam pojęcia, ale jeśli Harry i Louis się kłócą, nie jest zbyt dobrze...
   Wystarczyło im krótkie spojrzenie na siebie nawzajem, żeby podjąć decyzję natychmiastowej interwencji. Oboje zbiegli po schodach i szybko poszli do kuchni, wpadając w chwili, w której Louis stał po drugiej stronie stołu i wyrzucał Harry'emu, jak bardzo niedojrzale potrafi się zachowywać.
 -...i wyobraź sobie, że marudzenie na temat jedzenia też nie robi z ciebie mężczyzny!
 -Louis, Louis przestań – Niall podszedł do przyjaciela, kładąc mu rękę na ramieniu i delikatnie, choć stanowczo odciągając go do tyłu. -Nie mam pojęcia, o co poszło, ale nie chcemy żadnych kłótni, okej?
 -I wiesz co jeszcze ci powiem? - rzucił chłopak, ignorując Irlandczyka. -Że tak naprawdę w tym zespole to ty jak zwykle robisz największe problemy, czując się nie wiadomo jak cholernie lepszym od reszty. Czasami próbuję sobie wyobrazić, jakby to było bez któregoś z nas w zespole, ale z tobą mam zawsze problem- tylko dlatego, że swoją postacią tak bardzo zasłaniasz resztę, że nie da się ciebie tak prosto usunąć.
   Zaległa cisza. Wszyscy patrzyli na Louisa, którego oczy płonęły, a ręce i usta drżały. Wydawało się, że musiał wiele poświęcić, żeby wypowiedzieć te słowa- ale tylko on wiedział, że tak naprawdę nie chciał ich wypowiedzieć i że był to jeden z największych błędów w jego życiu.
   Kilka sekund później chłopak odwrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni. Nikt go nie zatrzymywał. Dało się słyszeń huk zamykanych frontowych drzwi, a chwilę potem zapalenie silnika samochodowego i wycofywanie z podjazdu.



czwartek, 27 grudnia 2012

Chapter 4


 Jestem w stanie powiedzieć, że to do tej pory NAJLEPSZY rozdział, jaki udało mi się napisać. Jestem z niego naprawdę bardzo zadowolona, udał mi się wyśmienicie (ach, ta skromność!).
 Mogę być pewna, że sporo z Was będzie w szoku, czytając to. Cóż, zdarzenia przybrały może trochę... drastyczny obrót, ale uważam, że nadal wszystko jest w jak najlepszym porządku. ;) 

 Chciałabym również zaznaczyć, że metody użyte przez Louisa są w stu procentach poprawne i działają, bo - niestety - spotykałam się z tym kilka razy, w tym raz będąc stroną bierną... Tak czy inaczej, od razu ucinam tutaj wszelkie hejty na te tematy, bo dobrze wiem, jak to wygląda. ;)

 No, to oddaję rozdział w Wasze łapki! Czekam na komentarze. ;)

EDIT: 
         Oto i link do obiecanych Character Ask! (wystarczy kliknąć)

Czekamy niecierpliwie na Wasze pierwsze pytania! ;)

~*~



   Louis jechał szybko, wyprzedzając samochody na dwupasmówkach. Nie był nawet pewny, gdzie jedzie i czy na pewno jest jeszcze w Londynie. Był wściekły na Harry'ego- chociaż bardziej był wściekły na samego siebie.
   Nie do końca wiedział, dlaczego zaczęli się kłócić. Głupi autograf doprowadził do tego, że ich przyjaźń w chwili obecnej dosłownie wisiała na włosku. Prawda, Harry zachował się jak nadęty dupek, ale to Louis powiedział kilka słów za dużo. Mógł się powstrzymać, wiedział o tym. Chciał się powstrzymać.
Więc co poszło nie tak?
   Chłopak westchnął, zwalniając nieco. Jedyne, czego teraz potrzebował, to sen. Był potwornie zmęczony; powinien teraz spać smacznie w łóżku, a nie jeździć jak wariat po mieście i okolicach. Był na nogach od dwudziestu pięciu godzin i wcale nie chciał pobijać kolejnych rekordów.
   Zjechał na pobocze i wyłączył silnik. Oparł się o kierownicę, przecierając twarz rękoma i mierzwiąc sobie włosy. Czuł się parszywie; jego organizm potrzebował kilku godzin porządnego snu, a do tego był ostro pokłócony ze swoim najlepszym przyjacielem. Przez to, najbliższe dni wcale nie rysowały się kolorowo- tym bardziej, że wszyscy mieli dwa tygodnie wolnego, bez żadnych wywiadów, sesji, prób czy koncertów. A to wcale nie dawało mu szansy do porozmawiania z Harrym.
   Louis poczuł wibracje w kieszeni spodni. Podniósł głowę i wyjął komórkę z kieszeni, patrząc na wyświetlacz. Dzwonił do niego Niall- chyba chwilowo przejął rolę Liama w zespole, pewnie chciał go uspokoić. Odrzucił połączenie, nie mając zamiaru z nikim teraz rozmawiać.
   Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w przestrzeń za przednią szybą, a potem potrząsnął głową i uruchomił silnik. Zawrócił i zaczął jechać w stronę domu, po części gotując się na piekło, a po części licząc na święty spokój. 

   Niall odsunął telefon od ucha, patrząc na niego i marszcząc brwi. Louis odrzucił połączenie; przeważnie tak nie robił, chociaż teraz mógł być zdenerwowany. Ale to go nie tłumaczyło, a przynajmniej nie w zaistniałej sytuacji.
 -I co? - zapytał Zayn, wchodząc do salonu z paczką papierosów w ręce. Najwidoczniej miał zamiar wyjść na tylny taras i uspokoić się, trując przy okazji.
 -Odrzucił połączenie – mruknął cicho blondyn, obracając kilka razy telefon w dłoniach.
 -Po co mu ten cholerny telefon? - zirytował się Zayn, przystając w pół drogi przez pokój. -Czy on w ogóle kiedykolwiek go odbiera?
   Niall westchnął. Sytuacja byłą naprawdę ciężka; Harry i Louis pierwszy raz tak ostro się pokłócili. Starszy z nich zniknął, jadąc Bóg wie dokąd bez słowa, a drugi zabarykadował się w łazience, zamykając drzwi od środka i... nie dając żadnego, najmniejszego znaku życia.
 -...i mówię ci, ale po prostu ci to obiecuję, pójdę i wyważę te pieprzone drzwi, choćby bark miał mi wylecieć ze stawów, dorwę Stylesa i tak mu spiorę to chude dupsko, że nie będzie mógł siedzieć bite dwa tygodnie – gderał Zayn, robiąc kółka wokół kanapy. -No to jest po prostu niedorzeczne, Liam już dawno by ich postawił do pionu, a my nawet nie potrafimy zapanować nad tym, co się dzieje piętro wyżej! Jak tylko dorwę tego starego pryka, a niech się tutaj zjawi tym swoim lśniącym autkiem, cholera, obiecuję ci, że będzie dzwonił do szpitala i błagał, żeby wypuścili Liama!
 -Nie irytuj się, Zayn – powiedział spokojnie Irlandczyk, wstając i podchodząc do przyjaciela. Zatrzymał go i spojrzał mu w oczy. -Niepotrzebnie się nakręcasz. Skoro już miałeś taki zamiar, to idź i zapal, może przynajmniej się uspokoisz. Ja spróbuję jeszcze raz dodzwonić się do Louisa i pójdę zrobić manifestację pokojową pod drzwiami łazienki. W porządku?
   Mulat skinął głową, wypuszczając powietrze. Na jego twarzy odmalowywało się zdenerwowanie i zmartwienie, ale bez wątpienia był również mocno poirytowany całą tą sytuacją. Nie lubił, kiedy w zespole ktoś się kłócił, a już szczególnie, kiedy wszystko przybierało na sile i było aż tak poważne, jak teraz.
 -Jak coś się stanie, to mnie wołaj – powiedział jeszcze, po czym wyszedł za taras, zapalając papierosa. 

  -Chryste, czy oni nigdy nie dadzą mi spokoju...
   Louis wyłuskał telefon z kieszeni spodni, włączając tryb głośnomówiący i wstawiając go do uchwytu samochodowego. Nie patrzył nawet na wyświetlacz.
 -Tak?
 -W końcu! - usłyszał poddenerwowany głos Nialla. Zmarszczył brwi; nie wróżyło to dobrze.
 -Coś się stało, czy będziesz teraz przemawiał do mnie po ojcowsku i mnie umoralniał? - zapytał Louis, dziwiąc się zmęczeniu w swoim głosie. Powoli zaczynało kręcić mu się w głowie, co było niebezpieczne biorąc pod uwagę, że właśnie prowadził z prędkością stu kilometrów na godzinę.
   Przez chwilę słyszał ciszę w słuchawce, przerwaną kilkoma cichymi skrzypnięciami. Niall pewnie wchodził po schodach.
 -Wiesz, rozumiem, że jesteś zły i wkurzony, ale naprawdę, Louis... chwilowo lepiej, żebyś sobie to odpuścił.
 -A to niby dlaczego? - burknął chłopak, skręcając w prawo. Za piętnaście minut powinien być w ich domu.
 -Bo... - rozmówca na chwilę zawiesił głos, jakby starając się dobrać słowa. -Bo, wiesz, twój najlepszy kumpel zabarykadował się w łazience na amen i nie słychać nawet, żeby oddychał. Zayn chce wyważać drzwi, a ja właśnie idę spróbować jakiejś pokojowej negocjacji. Siedzi tam od dwudziestu minut, a ciebie nawet tu nie ma – ostatnie zdanie zabrzmiało jak wyrzut. -Nie mam pojęcia, czy nadal jesteś na niego wściekły i czy on nadal jest wściekły na ciebie, ale... przyjedź, Louis. Jestem pewny, że Harry teraz cię potrzebuje, mimo wszystko. My wszyscy cię tutaj potrzebujemy.
   Louis milczał przez kilka sekund, przetwarzając informacje. Okej, to wszystko nie wyglądało dobrze, ale bał się powiedzieć, że wygląda okropnie. Spojrzał na zegar na desce rozdzielczej i docisnął gaz do stu dwudziestu.
 -Będę za jakieś pięć minut.

 
   Niall zapukał do drzwi łazienki, przystawiając do nich ucho. Nie słyszał absolutnie nic, co go bardzo zaniepokoiło; zapukał jeszcze raz.
 -Harry, jesteś tam?
Cisza.
 -Hazza, proszę, odezwij się... Naprawdę się martwimy. Louisa nie ma, Zayn pali na tarasie. Jestem tu tylko ja, chcę porozmawiać!
Nadal nic.
   Irlandczyk westchnął, pukając ponownie i naciskając klamkę. Drzwi były zamknięte od środka, a tam panowała głucha cisza. Brak reakcji Harry'ego był niepokojący.
 -Hazz, nie bądź uparty, martwimy się o ciebie! Jeśli nie wyjdziesz, zawołam Zayna i wyważy drzwi, obiecuję ci to- dobrze wiesz, że jestem bardzo słownym człowiekiem!
   Przez chwilę nic nie było słychać. Blondyn miał zapukać po raz kolejny, ale nagle do jego uszu doszedł cichy szmer, a potem szczęk zamka. Uchylił drzwi sprawdzając, czy nie uderzy nimi przyjaciela, a potem otworzył je szczerzej.
 -Boże, nareszcie! Nawet nie wiesz, jak bar...
   Niall spojrzał na przyjaciela siedzącego pod ścianą, obok umywalki. Miał zapuchnięte oczy i nieobecne spojrzenie, ręce mu lekko drżały, tak samo jak dolna warga. Patrzył tępo przed siebie, co chwilę pociągając cicho nosem. Mimo tego, że był wysoki, teraz kulił się tak bardzo, że mógł być równie dobrze wzrostu Louisa. Koszulkę miał przekrzywioną na prawym ramieniu, włosy roztrzepane na wszystkie strony, a na policzkach wykwitły niezdrowe rumieńce.
 -O cholera, Harry! - przyjaciel ukląkł obok niego, nie bardzo wiedząc, co ma teraz zrobić. -Nie wiedziałem, że aż tak bardzo ruszyła cię ta kłótnia. To była tylko głupia sprzeczka, wybuch gniewu. Nie martw się, Hazza, wszystko będzie...
   Właśnie miał przytulać przyjaciela, kończąc zdanie, ale ten przerwał mu, rzucając się do muszli toaletowej. Zwymiotował, opierając się o nią. Chwilę potem zatrzęsły mu się ramiona i dało się słyszeć stłumiony płacz.
   Niall nie wiedział, co się dzieje. Nie tak wyglądała normalna reakcja na smutek i złość, a już na pewno nie w przypadku tego chłopaka. Podszedł do niego powoli, spuścił wodę w toalecie i spojrzał na niego. Następnie omiótł spojrzeniem całą łazienkę i dopiero teraz zauważył rozsypane tabletki na umywalce.
 -Kurwa.
  Szybko podszedł do zlewu, zbierając je i wyrzucając. Potem spojrzał na w połowie puste żółte opakowanie; etykietka mówiła, że to silne środki uspokajające.
 -Co u cholery w naszym domu robi relanium? Komu to ma być niby potrzebne?! - warknął zszokowany i rozzłoszczony blondyn, wychodząc na korytarz. U dołu schodów stał Zayn; najwidoczniej usłyszał Nialla. -Chodź tu, byle szybko. Trzymaj Harry'ego i nie pozwól mu zasypiać ani mdleć. Ja zadzwonię na pogotowie.

   Louis wszedł do domu, słysząc martwą ciszę. Nie na to się przygotowywał. Nie czuł się najlepiej, a teraz martwił się stanem Harry'ego, na chwilę zapominając o kłótni oraz o leżącym w szpitalu Liamie.
 -Jest tu kto? - zawołał, wchodząc do pustego salonu.
 -Łazienka! - usłyszał głos Zayna. Brzmiała w nim nuta paniki.
Niedobrze.
   Chłopak czym prędzej wskoczył po schodach na górę, mijając Nialla z telefonem przy uchu. Nic nie mówił, a z słuchawki dobiegał głośny dźwięk wybieranego połączenia. Blondyn zaciskał usta w bladą kreskę; wskazał Louisowi, żeby wszedł do łazienki.
   Drzwi były otwarte na oścież. Na kafelkach przy toalecie siedział Zayn, trzymając Harry'ego na kolanach i patrząc na niego ze zdezorientowaniem i paniką w oczach. Chłopak był otępiały, prawie że nieprzytomny, miał wiotkie ciało i błądził wzrokiem po suficie, nie potrafiąc go skupić.
 -Jak tylko pomożesz mi odratować swojego najlepszego kumpla, to słowo daję, Tomlinson, że cię zabiję i poćwiartuję.
 -Co mu jest? - zapytał przerażony Louis, klękając przy tej dwójce i patrząc na twarz Harry'ego.
 -Nie mam pojęcia. Niall powiedział mi tylko, że nabrał się relanium.
 -Jest naćpany – mruknął najstarszy z nich, klepiąc delikatnie przyjaciela w policzek. -Curly, słyszysz mnie? Curly...? Zayn, daj mi go i przynieś wodę utlenioną i pieluchę tetrową. Leć na dół po butelkę letniej wody, powinna stać w dolnej szafce, i przynieś sypki rumianek, jest w górnej szafce, obok tej ze słodyczami – Mulat się nie poruszył, patrząc na niego. -MIGIEM!

   -Cholera jasna, przecież ten numer NIE MOŻE być zajęty! - rzucił wściekle Niall, wybierając po raz trzeci numer pogotowia. W tej chwili biegiem wyminął go Zayn, ledwie biorąc zakręt i zbiegając po schodach. -A ty co robisz?
 -Harry, woda, rumianek, zaraz!
   Blondyn pokręcił głową, nic z tego nie rozumiejąc. Po piątym sygnale zgłosił się sanitariusz.
 -Boże nareszcie...


   Louis ułożył Harry'ego na swoich kolanach, lekko odchylając jego głowę do tyłu i podkładając pod brodę szmatkę. Wziął do ręki buteleczkę z wodą utlenioną, słysząc, jak Niall rozmawia z sanitariuszem pogotowia ratunkowego. Wziął wdech, przytrzymał przez materiał podbródek przyjaciela i wlał mu do nosa jedną czwartą butelki.
   Chłopak otworzył szeroko oczy, zacharczał i szybko podniósł się do toalety. Zwymiotował dwukrotnie, krztusząc się i plując. Oddychał ciężko, a po chwili zwrócił po raz kolejny. Wytarł usta pieluchą tetrową, biorąc rozedrgany oddech i wypluwając ślinę do muszli. Opierał się na niej całym ciężarem ciała, zwieszając głowę i próbując zapanować nad odruchem wymiotnym. Kiedy zwrócił po raz kolejny, Louis wstał i spuścił wodę; w tej samej chwili do łazienki wbiegł Zayn z butelką wody i rumiankiem, a za nim wszedł Niall.
 -Co on...?
 -Już mu lepiej. Za ile będzie pogotowie? - zapytał zmęczony Louis, pocierając ręką czoło i odbierając od Zayna rzeczy.
 -Za piętnaście do dwudziestu minut.
   Kiwnął głową, podchodząc do umywalki i biorąc metalowy kubeczek z szafki za lustrem. Wlał do niego trochę wody i otworzył rumianek, biorąc kilka szczypt w palce. Rozgniótł go i dosypał do wody, mieszając. Wyjął małą plastikową miseczkę i przelał do niej gorzki płyn, przez palce odcedzając fusy. Powtórzył tą operację jeszcze dwa razy, napełniając w ten sposób połowę miseczki. Zayn i Niall patrzyli na niego z ogłupiałymi minami.
   Podszedł do Harry'ego i usiadł obok, patrząc na niego. W jednej ręce trzymał miseczkę, a drugą przyłożył do czoła przyjaciela.
 -Ma wysoką gorączkę. Zayn, podaj mi jeszcze jedną pieluchę tetrową, a jeszcze jedną zmocz. Są w dolnej szafce pod umywalką, z tyłu.
   Zayn wykonał bez słowa jego polecenia i po chwilo podał mu obie szmatki. Louis przyłożył jedną do czoła Harry'ego, lekko odchylając mu głowę do tyłu, a drugą znów podłożył mu pod brodę.
 -Hazz, to będzie bardzo nieprzyjemne i twój żołądek może nie być szczególnie zadowolony, ale musisz to wypić.
   Przyjaciel spojrzał na niego nieprzytomnie, ledwie dostrzegalnie kręcąc głową. Usta miał delikatnie otwarte i popękane, był bardzo blady, a kropelki potu zbierały mu się przy linii odgarniętych włosów.
 -Musisz, Curly. Wiem, że nie chcesz, ale musisz – nalegał Louis, podstawiając mu miseczkę pod usta.
   Obaj siedzieli na podłodze, patrząc na siebie- jeden z determinacją i uporem, drugi z bólem i rezygnacją. W końcu młodszy ustąpił, uchylając jeszcze trochę usta. Louis przechylał powoli miseczkę, pojąc przyjaciela chłodnym, gorzkim płynem i patrząc, jak ten się krzywi i ciężko przełyka. Kiedy powoli opróżnił całą miskę, zakrztusił się i splunął do muszli. Louis troskliwie przytrzymywał mu chłodny okład na czole i wytarł mu brodę oraz usta.
 -Wszystko będzie dobrze, Curly – powiedział cicho, obejmując delikatnie przyjaciela. -Zobaczysz, wszystko będzie w porządku.




środa, 26 grudnia 2012

Chapter 5

 Ten rozdział dedykuję Caroline, która od samego początku jest naszym wiernym czytelnikiem i dba o to, żeby interakcje w Character Ask zawsze były całkowicie ożywione. ;)

 EDIT:
           Nie, chłopaki NIE uprawiali seksu!

~*~


   Ratownicy zadali chłopakom parę pytań i przebadali szybko Harry'ego, chwaląc pomoc Louisa. Chłopakowi nie stało się nic poważnego dzięki dosyć szybkiemu działaniu i dobrze podjętych krokach. Nie potrzebował obserwacji szpitalnej ani płukania żołądka; medycy zapewnili trzech piosenkarzy, że przy dalszej opiece najstarszego z nich, Harry powinien szybko dojść do siebie i się z tego wylizać. Mimo wszystko, podali mu minimalną dawkę kropli walerianowych, ponieważ jego serce pracowało nie do końca rytmicznie.
   Kiedy odjechali, Louis poszedł do pokoju przyjaciela i wszedł, pukając cicho. Koło łóżka stała miska, rolety były zasunięte, a na stoliku stało kilka lekarstw, parę miseczek, szmatek i dwie dwulitrowe butelki wody. Harry leżał zwinięty pod kołdrą, oddychając płytko i zaciskając powieki.
 -Jak się czujesz, Hazz? - zapytał Louis, siadając na brzegu łóżka. Delikatnie odgarnął włosy przyjacielowi.
 -Źle – jęknął żałośnie chory, próbując się wygodniej ułożyć i otwierając oczy. Spojrzał na gościa. -Nie masz pojęcia, jakim jesteś skończonym dupkiem.
 -Zawsze chciałem uratować komuś życie i usłyszeć takie słowa.
 -Mimo wszystko... dziękuję. Nie musiałeś tego robić, sam też zachowałem się jak ostatni kretyn – zdawało się, że mówienie sprawia Harry'emu spory wysiłek.
   Jego towarzysz westchnął, siadając bliżej i mocząc jedną ze szmatek w miseczce z chłodną wodą. Przyłożył okład do czoła chorego i odmierzył miarę sześciu miętowych kropli, wiedząc, że ten ma nieziemsko bolesne kurcze żołądka. Podał mu je i spojrzał na niego czule.
 -Jeśli chcesz, mogę się kimnąć na podłodze – zaoferował Louis, szczelniej otulając przyjaciela kołdrą. -Wiesz, że nie chciałbym cię zostawiać samego. Jesteś w wystarczająco parszywym stanie, a jakby coś ci się stało? Spałbym spokojnie w pokoju obok i nawet o tym nie wiedział.
   Harry zaśmiał się cicho, patrząc na towarzysza. Pokręcił delikatnie głową, przekładając chłodny okład na drugą stronę.
 -I tak zrobisz wszystko, żeby nie zostawiać mnie samego, więc nie ma siły protestować – powiedział, uśmiechając się lekko. -Dziękuję za opiekę, Boo. I przepraszam za to, że jestem totalnym palantem.
 -Hej, to ja powiedziałem za dużo. Biorę winę na siebie. To był mój błąd.
 -Niech ci będzie. Skoro tak mówisz, tak pewnie jest.
Louis westchnął teatralnie, wywracając oczami i machając ręką. Przybrał minę poirytowanej divy i jej głosem powiedział:
 -No ale wiesz, miałeś kulturalnie zaprzeczyć!

   Zayn siedział w Niallem na kanapie, przerzucając bez namysłu kanały. Nadal byli w szoku całą tą sytuacją; byli także zdziwieni umiejętnościami swojego przyjaciela. Nikt nigdy nie podejrzewał, że Louis potrafiłby sobie poradzić w tak dobry sposób w podobnej sytuacji.
 -Zayn? - mruknął cicho Irlandczyk, patrząc na przyjaciela.
 -Hmm?
 -Nie wydaje ci się, że dwadzieścia dziewięć godzin bez snu to stanowczo zbyt dużo?
 -Może troszkę – odparł Mulat, wyłączając telewizor. -Ja na przykład czuję się jak na haju. Trochę kręci mi się w głowie...
Niall wstał i pociągnął przyjaciela za rękę, idąc w stronę schodów.
 -A tobie co się stało? - zapytał zdziwiony i rozbawiony Zayn.
 -Marsz do wyra, Malik, i to bez gadania. Jutro mamy odwiedzić Liama, a póki co mamy prawie że czternastą, kilka tragedii na głowie i ponad dobę bez snu!
 -A ty? - zapytał chłopak, przystając na moment za przyjacielem u szczytu schodów.
 -Co ja?
 -Nie idziesz spać?
 -Idę, oczywiście, zajrzę tylko do Harry'ego – powiedział blondyn, marszcząc lekko brwi. -A czemu pytasz?
Brunet wydał się odrobinę speszony. Spojrzał w stronę drzwi swojego pokoju, potrząsnął głową i położył sobie dłoń na karku.
 -Tak, tylko...
 -Znowu kręcisz – powiedział Niall, podchodząc bliżej. -No, więc?
 -Ja... myślałem, że moglibyśmy dokończyć to, co zaczęliśmy kilka godzin temu – wyrzucił na jednym tchu zapytany, patrząc z mieszaniną nadziei i strachu w oczy przyjaciela.
 -Masz na myśli...?
 -Tak.
 -I ty...?
 -Mhm.
 -Jesteś pewny? - zapytał spokojnie blondyn, patrząc badawczo na towarzysza.
 -Nialler, dawno w życiu nie byłem czegoś tak pewny, jak w tej chwili. 

   Louis leżał na stosie koców naprzeciwko łóżka Harry'ego, bawiąc się swoim telefonem i esemesując z Liamem. Dostał już nowy telefon od mamy, która przyjechała go odwiedzić i przeprosić; tamten roztrzaskał się w wypadku. Chłopak wydawał się mieć całkiem dobry humor, pomijając złamane żebra i kilka sporawych siniaków. Przynajmniej u niego wszystko było stabilne i spokojne.
 -Boo?
   Zawołany podniósł głowę, unosząc się na łokciach. Spojrzał na leżącego w łóżku przyjaciela, który musiał się właśnie obudzić; był już wieczór, koło dziewiętnastej, a Harry usnął około piętnastej. Nie wyglądał za dobrze, chociaż dużo lepiej, niż w łazience; nadal był bardzo blady i drżały mu usta, ale przynajmniej miał przytomne spojrzenie.
 -Co jest, Curly? - zapytał Louis, podnosząc się i siadając na łóżku. -Wszystko okej? Czegoś ci potrzeba?
 -Nie, ja tylko... - Harry wydał się odrobinę zakłopotany, jakby to, co chciał powiedzieć, było złe lub niepoprawne. -Ja tylko... znów miałem ten koszmar. Tylko teraz na szczęści urwał się wcześniej.
 -Pewnie mi nie powiesz, co ci się śniło, prawda?
Harry potrząsnął delikatnie głową, zaciskając usta.
 -W takim razie... Może zrobię ci gorzkiej herbaty, albo miętowej? - zaoferował chłopak, odgarniając choremu włosy z czoła i przykładając do niego dłoń. -Tylko najpierw weź coś na zbicie gorączki, nie muszę nawet brać termometru, żeby wiedzieć, że...
 -Louis – przerwał mu Harry, patrząc na niego oczami wystraszonego dziecka – czy mógłbyś po prostu ze mną dziś spać?
   Przez chwilę starszy z nich nie wiedział, co odpowiedzieć. Bezwiednie zmierzwił ręką włosy przyjaciela i patrzył na niego, delikatnie marszcząc brwi. Nie był pewny, czego ta prośba ma dotyczyć; z drugiej strony, chciał się opiekować Harrym najlepiej, jak to tylko możliwe. I nie chciał, żeby znów miał koszmary.
 -Jasne, jeśli tylko chcesz, Curly – powiedział cicho po chwili, uśmiechając się. -A teraz leki, herbata, krople i spać. Wolałbym, żebyś się nie przemęczał.

   -Zayn?
   Blondyn uniósł głowę, trącając brodę przytulającego go chłopaka. Dawno nie czuł się tak dobrze, tak lekko, jak teraz.
 -Hmm?
 -Nie mam pojęcia, co się dzisiaj stało, ale gdybym miał wybór, to zrobiłbym to wszystko jeszcze raz – szepnął cicho Niall, ponownie wtulając się w klatkę piersiową Mulata, który zaśmiał się cicho.
 -Wiesz, nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć... To jest w pewien sposób magiczne, wydaje mi się prawie nierealne. Jest cudowne, inne. Tylko... nie wiem, co mam zrobić dalej.
   Niall ponownie uniósł głowę i odchylił się trochę, patrząc Zaynowi w oczy. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał, a potem blondyn pochylił się i delikatnie musnął wargi chłopaka ustami.
 -Nie musisz wiedzieć, ja też nie wiem. Ale sądzę, że niedługo się dowiemy.

   Louis spojrzał na śpiącego Harry'ego, uśmiechając się delikatnie. Szczelniej otulił przyjaciela kołdrą, a sobie na ramiona naciągnął koc. Poprawił ułożenie ramienia, na którym smacznie spał jego przyjaciel. Teraz wszystko wydawało się takie spokojne.
   Kilka godzin temu kłócili się w kuchni, a potem nagle musiał ratować przyjaciela stojącego na krawędzi śmierci. To wydało się wręcz nierealne, jakby to go nie dotyczyło. A teraz spokojnie spał z nim w jednym łóżku, czujnym snem, pilnując go i opiekując się nim.
   Miał dwadzieścia jeden lat, a życie nadal potrafiło go zaskoczyć.
Młodszy chłopak mruknął cicho, przekręcając się na plecy. Zamrugał kilka razy i skierował zaspane spojrzenie na leżącego obok Louisa.
 -Nie śpisz? - zapytał zachrypnięty.
 -Spałem przez dwie godziny, ale za bardzo się tym wszystkim przejmuję – wyznał cicho piosenkarz, skubiąc brzeg swojego koca i patrząc w kąt pokoju. -W ciągu niespełna trzech zdarzyło się stanowczo zbyt wiele. Liam jest w szpitalu, a ty o mało... - głos uwziął mu w gardle, a pod powiekami poczuł palące łzy. Nie mógł się rozpłakać przed Harrym, przecież to on miał być teraz opiekunem, tym najsilniejszym. Nie wypadało mu okazywać słabości.
 -Przepraszam – szepnął ledwie słyszalnie Harry, układając się na boku, twarzą do przyjaciela. -Boo, naprawdę przepraszam. Byłem idiotą, to było... To był durny impuls. Byłem wściekły, było mi przykro, ja...
 -Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał starszy, przerywając mu. Patrzył na niego z wyraźnym bólem w oczach. -Dobrze wiesz, że niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się pokłócili, nadal jesteś dla mnie tak samo ważny.
 -Wiem. Wiem, byłem po prostu idiotą. Sądziłem, że jak nabiorę się jakichś tabletek z apteczki, to wszystko pójdzie gładko i nigdy nie będę musiał już czuć niczego, żadnej złości, frustracji ani bólu. To śmieszne, ale uznałem, że tak będzie łatwiej. Teraz mnie to bawi, samo moje zachowanie mnie bawi – szatyn prychnął cicho, kręcąc głową i przysuwając się bliżej towarzysza. -Przepraszam, Boo Bear. Nigdy więcej nie zrobię nic tak durnego, przyrzekam.
   Louis westchnął cicho, znów poprawiając ramię, na którym leżał przyjaciel. Przyciągnął go trochę bliżej, chcąc jak gdyby ochronić go przed całym złem, które może go spotkać. Spojrzał na niego z troską i czułością i pocałował delikatnie w czubek głowy.
 -Śpij, Curly – powiedział cicho, układając się wygodniej i również zamykając oczy. -Należy ci się odpoczynek. Nam obojgu się należy.




wtorek, 25 grudnia 2012

Chapter 6

 Od wejścia chcę zapowiedzieć, że będę rozdziały dodawać w mniej więcej tygodniowych odstępach, ponieważ mam totalnie zawalony grafik nauką i i tak ledwie co dorywam się do wifi na telefonie albo komputera. 
 Chciałabym się też poskarżyć, że na Character Ask wchodzi przeważnie tylko jedna osoba, okazjonalnie dwie inne. Nie podobna mi się to, miśki! Gdzie się podziali wszyscy nasi czytelnicy?

  Okej, coś na temat rozdziału...
  Myślę, że to coś, co ja nazywam "klinem fabuły". Odtąd wszystko tak naprawdę, na dobre się zaczyna, od tego momentu akcja będzie bardziej dynamiczna i będzie się działo więcej. Może rozdział siódmy jeszcze nie będzie czymś ogromnym, ale mam zamiar zabrać się ze wszystkim ostro do pracy.
  Życzę Wam miłego czytania! 


 ~*~

   Była prawie dwunasta, kiedy Louis się obudził. Przez moment próbował sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Zamrugał kilkakrotnie i poczuł ciężar na swoim prawym ramieniu; odwrócił głowę i zobaczył śpiącego przyjaciela.
   Uśmiechnął się. Widok śpiącego Harry'ego zawsze wywoływał uśmiech na jego twarzy. Chłopak spał spokojnie, oddychając rytmicznie przez lekko rozchylone usta. Loki opadły mu na czoło; wyglądał bardzo uroczo. Dodatkowo, przytulał się do Louisa, zahaczając swoją łydką o jego.
 -Hej, śpiąca królewno – powiedział cicho Louis, szturchając śpiącego delikatnie w bok. Ten zamruczał i przekręcił się na plecy. -Czas wstawać.
 -Nie chcę... - chrypka w głosie Harry'ego sprawiła, że Louis poczuł dreszcz przebiegający przez plecy. Zignorował to.
 -Już prawie południe. A ty powinieneś zadzwonić do swojej mamy i jej powiedzieć, że jesteś chory. Właśnie, jak się czujesz, Curly?
 -Nieźle... - odparł sennie chłopak, patrząc na towarzysza. -Trochę mnie mdli i mam potwornie ciężką głowę... i bolą mnie plecy. Ale poza tym jest w porządku – zapewnił, podnosząc się do pozycji siedzącej.
 -Nie szarżuj tak – parsknął z dezaprobatą starszy z nich, również siadając. -Powinieneś leżeć. Miałem zamiar zrobić ci coś lekkiego na śniadanie i posiedzieć z tobą cały dzień przed telewizorem albo tutaj. Nie chcę, żebyś gorzej się poczuł...
 -To słodkie, że się tak o mnie troszczysz, Boo – Harry spojrzał na przyjaciela i przez chwilę w ciszy patrzyli sobie w oczy. Po kilku sekundach wahania, chory pochylił się do niego i pocałował go w policzek. -Dziękuję.

   -Czy ja dobrze widzę?
   Liam wyprostował się, siedząc na szpitalnym łóżku z telefonem w ręku. Wyglądał dużo lepiej, niż zaledwie dzień wcześniej; może siniak na szczęce nie prezentował się wyjątkowo pięknie, ale opatrunek na głowie był mniejszy, a na twarzy odzyskał resztę kolorów.
 -Wpadliśmy, żeby obejrzeć sobie największą sierotę tego świata – powiedział Zayn, szczerząc się i siadając przy łóżku pacjenta. -Jak się czujesz?
 -Nieźle – odparł chłopak, patrząc na Nialla nieśmiało stojącego w progu drzwi. -Co z tobą, Niall? Czemu tak stoisz?
 -Nie przepadam za szpitalami – wymamrotał blondyn, zamykając drzwi i powoli podchodząc do chorego. Popatrzył na niego, uśmiechając się lekko, a potem przytulił go, nie zważając na wijące się dookoła kabelki.
 -Uwaga, hej, bo zmiażdżysz mi kolejne żebra!


   Harry leżał na kanapie, wsparty na poduszkach i okryty ciepłym kocem. Na czole miał chłodny okład, a w rękach ciepłą miętową herbatę. Właśnie przełączył kanał na HBO, gdzie leciał jakiś film z Johnnym Deppem.
 -Potrzebujesz czegoś, Curly? - zapytał Louis, wchodząc do salonu i siadając na brzegu kanapy.
Chory potrząsnął przecząco głową.
 -Wszystko jest w porządku – zapewnił, biorąc łyk herbaty. -Tylko... chciałbym cię prosić o drobną przysługę.
 -Tak?
 -Czy mógłbyś... - chłopak zawahał się, obracając nerwowo kubek w dłoniach. -Wiesz Boo, dzisiaj, kiedy ze mną spałeś, nie śnił mi się ten okropny koszmar...
 -...którego nie masz zamiaru mi opowiedzieć.
 -Nie, nie mam zamiaru – potaknął Harry, patrząc w inną stronę. -Tak czy inaczej, Lou, chciałem zapytać, czy... Wiesz, nadal czuję się źle i chcę mieć cię przy sobie.
   Louis spojrzał czule na przyjaciela, uśmiechając się. To było słodkie i urocze, chociaż nieco kłopotliwe dla pytającego. W końcu, jacy przyjaciele, nawet w takiej sytuacji, sypiają razem w jednym łóżku?
My, pomyślał Louis. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, jesteśmy inni, ale to jest przecież dobre. To nikomu nie szkodzi.
 -I... - dodał młodszy z nich, po chwili ciszy – ten cały koszmar, to wszystko... odeszło, kiedy ze mną spałeś, Boo. I czułem się bezpieczniej. Nie wiem, dlaczego, może to brzmi głupio i dziecinnie, ale tak było – wzruszył ramionami. -Pomagasz mi samą swoją obecnością. Zgodzisz się?
 -Oczywiście, Hazz – powiedział cicho Louis, nadal ciepło się uśmiechając.
   Nachylił się, żeby odgarnąć przyjacielowi kilka zabłąkanych loków z czoła. Ustawił nogi tak, że o mało nie zjechał razem z kocem z kanapy, ale Harry go przytrzymał. Powoli wciągnął go na kanapę, stanowczo bliżej siebie, niż ten siedział wcześniej, a potem nieświadomie przyciągnął go jeszcze bliżej.
Louis zaczął panikować. Nie miał pojęcia, co się dzieje, a co zaraz się stanie, ale poczuł lekką panikę, jak i dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Przyjemny dreszcz. Starał się też zignorować rosnące w nim uczucie ciekawości i ciepło w sercu, ale to było dużo trudniejsze, niż pozbycie się reakcji zewnętrznych.
 -Curly, co ty...
 -Nie wiem, nie mam pojęcia.
   Głos Harry'ego drżał lekko; pobrzmiewała w nim nutka strachu, jakby sam nie wiedział, co robi. W jego zielonych oczach widać było lekkie oszołomienie, może nawet dezorientację, ale z pewnością również coś ciepłego, coś, co pozwoliło na chwilę zapomnieć Louisowi, że ta sytuacja wygląda i jest co najmniej dziwna.
 -Hazz, ja nie wiem, czy... To nie jest na miejscu – szepnął Louis. Ich usta dzielił dosłownie nie więcej, niż cal.
 -Ktoś mądry kiedyś powiedział, że jeśli coś nam nie wypada, to koniecznie trzeba to zrobić – odparł na to, również szeptem młodszy chłopak, uśmiechając się kącikami ust.
 -Więc...
 -Więc...?
   Louis jeszcze odrobinę przysunął się do przyjaciela, patrząc mu prosto w oczy i oblizując wargi. Zaschło mu w gardle, a serce wręcz obijało się o żebra. Nie wiedział, co tak naprawdę robi, nie myślał o tym teraz. Nie myślał kompletnie, widział przed sobą tylko zielone oczy i burzę loków.
Nachylił się, mrużąc powieki. Poczuł ciepły oddech Harry'ego na swoich ustach; czuł wyraźną miętę, przyjemną i łaskoczącą go w nozdrza. Odetchnął głębiej, mając zamiar zlikwidować całkowicie przestrzeń między nimi...
...kiedy trzasnęły drzwi wejściowe.
   Chłopcy zamarli na ułamek sekundy, słysząc głosy w przedpokoju. Zayn i Niall właśnie wrócili od Liama, wydawało się, że mają świetne humory. Zanim dwóch przyjaciół na kanapie zdążyło się od siebie odsunąć na dopuszczalną odległość, Malik wparował do pomieszczenia, patrząc akurat na kanapę.
 -Cześć, wy moje mor... - zawiesił głos, zatrzymując się w pół kroku i powoli unosząc brwi do góry -...dki?
   Louis odskoczył jak oparzony od Harry'ego, odchrząkując. W tej chwili wszedł Niall, poprawiając sobie ręką włosy i stając obok Zayna. Posłał mu pytające spojrzenie, a ten pokręcił delikatnie głową, mrugając kilkakrotnie.
 -Po prostu udam, że tego nie widziałem – powiedział Mulat, kręcąc głową i idąc w stronę tarasu. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę, otwierając oszklone drzwi i wychodząc na zewnątrz.
 -Co wy właśnie...?
 -Nic – odpowiedzieli chórkiem Niallowi, patrząc w zupełnie inne strony.


   Louis wyszedł z domu, cicho zamykając za sobą drzwi. Nie powiedział nikomu, że się gdzieś wybiera; musiał pobyć sam, bez niczyjej wiedzy. Potrzebował chwili wytchnienia, chwili na przemyślenia.
Trochę czasu sam na sam ze sobą i swoimi myślami, żeby mógł uporządkować to wszystko, co w ostatnim czasie w ogóle do siebie nie pasowało.
   Wyszedł za furtkę, narzucając kaptur na głowę. Było około osiemnastej, powoli zaczynało się ściemniać; kwiecień w tym roku był dosyć ciepły. Mimo to, piosenkarz owinął sobie wokół szyi jeden ze swoich szalików w paski i zasunął suwak kurtki do połowy. Wsadził ręce w kieszenie spodni i zszedł z utwardzonej drogi na parkową ścieżkę.
   Cały czas próbował zrozumieć, co o mały włos stało się na kanapie ledwie dwie godziny temu. Wydawało mu się, że to wszystko było nierealne, że go nie dotyczyło. Jakby to obserwował, a nie brał w tym udział.
Zupełnie, jakby coś takiego nie powinno i nie mogło się zdarzyć... ale jakby tego chciał. A przynajmniej podświadomie.
   Tomlinson, co ty próbujesz sobie udowodnić?, wyrzucił sobie w myślach, potrząsając głową. Przecież to praktycznie i technicznie NIEMOŻLIWE, żeby cokolwiek z tego wszystkiego miało jakieś głębsze znaczenie.
   W głowie kołatało mu się zbyt wiele myśli naraz. Co chwila przywoływał przed oczy obraz roziskrzonych, ciemnozielonych tęczówek Harry'ego, prawie że czując zapach mięty. Wydawało mu się, że to wszystko było tylko snem, złudzeniem. Z jednej strony chciał, żeby tak zostało, a z drugiej chciałby się przekonać, co mogłoby się stać, gdyby przyjaciele im nie przeszkodzili.
   O czym ty myślisz! Oszalałeś?! Hazza to Hazza, zostaw go w spokoju, to twój najlepszy przyjaciel, a nie obiekt westchnień! Po prostu się od niego odwal, Tomlinson, przecież to jakiś absurd.
   A może nie absurd? Może coś w tym jest? Może faktycznie powinieneś z nim pogadać, co, Tomlinson? Albo się nad tym głębiej zastanowić?
   Louis zakręcił, zmierzając powoli w stronę domu. Zrobiło mu się chłodniej, chociaż policzki i dłonie miał gorące. Nadal nie wiedział, co powinien zrobić, myśleć, mówić. Wiedział tylko, że krąży wokół czegoś, jakiejś tajemnicy, której sam sobie nie chce wyjawić- i że zaczyna go to męczyć, a nie jest pewien, czy chciałby ją poznać.


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Chapter 7

 No i proszę, siódemeczka!
Nie daję rady, niestety, częściej dodawać rozdziałów, ale staram się dużo pisać. Aktualnie jestem w połowie dwunastego rozdziału (wiem, wiem, już chcecie wiedzieć, co tam się będzie działo!), z czego jestem dumna, i to niezmiernie. ;)

  Co do rozdziału...
Hmm, wydaje mi się, że pokazuje... naprawdę dużo. Cóż, to jest w sumie pierwszy punkt tego całego "klinu". Dokładnie od tego momentu zaczyna się ta ciekawsza część opowiadania.
Z praniem włącznie, ale to duuuużo później! ;)

Zapraszam do czytania i czekam na Wasze komentarze! ;)

~*~

   Zayn obudził się wcześnie rano. Przeciągnął się, uważając na śpiącego obok Nialla, po czym zmierzwił sobie włosy i patrzył na niego przez chwilę. Irlandczyk spał spokojnie, z lekkim uśmiechem na ustach. Blond włosy miał roztrzepane, a ręce uroczo złożone pod głową. Wyglądał trochę jak zabłąkany aniołek.
   Mulat przyciągnął go trochę bliżej do siebie, delikatnie muskając ustami jego policzek i uśmiechając się. Nie wiedział, dokąd ich to wszystko zaprowadzi i jak to ma wyglądać, ale miał wrażenie, że warto było spróbować. Czuł się szczęśliwy.

   -Boo?
   Kiedy Harry się obudził, Louisa nie było w pobliżu. Nic również nie wskazywało na to, żeby spał razem z nim, tak, jak obiecał; koc był złożony tak samo jak wtedy, kiedy Harry kładł się spać, a przyjaciel obiecywał mu, że zaraz do niego przyjdzie.
   Chłopak odrzucił kołdrę i wstał. Początkowo zakręciło mu się w głowie i zrobiło mu się niedobrze, ale chwilę potem był już na schodach na dół, mając zamiar znaleźć Louisa. Czuł się oszukany, chociaż nie wiedział, co zrobił złego.
 -Cześć, Hazz – przywitał się Niall, siedząc na kanapie obok Zayna. Oboje byli uśmiechnięci i rozluźnieni. -Dlaczego wstałeś? Lou zabronił ci się ruszać z łóżka i...
 -Louisa nie ma – przerwał mu Harry, idąc do kuchni. Był zawiedziony i było mu przykro. Popełnił gdzieś błąd? -Widzieliście go może?
 -Tak, wieczorem był na spacerze, tak nam powiedział, jak wrócił. A dzisiaj rano wyszedł, może z godzinę temu – odpowiedział Zayn, marszcząc brwi. -Wszystko w porządku?
 -Nie – mruknął najmłodszy z nich, przeczesując ręką włosy i wracając do swojego pokoju.


 
   Louis wszedł do jasno oświetlonego pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. Liam na początku go nie zauważył ani nie usłyszał; esemesował z Danielle i był na tym całkowicie skupiony. Kiedy zobaczył cień obok swojego łóżka, podniósł głowę.
 -Lou! Miła niespodzianka! - uściskał przyjaciela na tyle mocno, na ile pozwalały mu dające o sobie znać żebra. -Gdzie Harry? 
 -Nie... Nie przyjechał ze mną dzisiaj – powiedział cicho gość, siadając na krześle i kręcąc młynka kciukami. -Liam, muszę z tobą porozmawiać. Poważnie.
   Chory zmarszczył brwi, przyglądając się uważnie Louisowi. Miał podkrążone oczy i był bardzo nerwowy. Koszulkę miał wymiętą, tak samo jak bluzę. Nie wyglądał za dobrze, zupełnie, jakby znów zarwał noc.
 -Coś się stało? - zapytał ostrożnie Liam, odkładając komórkę.
 -Ja... Tak – chłopak podniósł głowę, przełykając. Spojrzał przyjacielowi w oczy. -Chyba się zakochałem.

   Szczęknął zamek, a chwilę potem trzasnęły drzwi wejściowe. Zayn i Niall wyszli kilka minut temu, więc musiał wrócić Louis. Harry siedział na kanapie i przerzucał nudne programy, pijąc zimną, gorzką herbatę.
   Czuł się jak porzucony szczeniak- zagubiony, zdezorientowany i smutny. Przez pół popołudnia płakał, nie wiedząc tak naprawdę, z jakiego powodu to robi. Potrzebował koło siebie Louisa, źle się czuł, a dodatkowo miał wrażenie, że popełnił błąd i dlatego przyjaciel się od niego tak nagle odsunął.
Myślał nawet nad tym, że może wczorajsze zajście na kanapie jakoś wpłynęło na Louisa, może sprawiło, że zaczął źle o nim myśleć. I to dlatego Louis go unikał.
   Teraz jednak wszedł do salonu jak gdyby nigdy nic, patrząc z uśmiechem na chorego przyjaciela i podchodząc do niego.
 -Hej, Curly, wszystko okej? - nachylił się, żeby pocałować go w czoło, ale ten się uchylił. -Curly...?
 -Tak, wszystko w porządku – wymamrotał Harry, przesuwając się w róg kanapy i zakopując w kocu. -Gdzie byłeś?
 -U Lee, w szpitalu... - starszy chłopak usiadł na kanapie obok przyjaciela, który się skulił, patrząc tępo w ekran. -Hazz, na pewno wszystko jest w porządku?
 -Tak, w całkowitym.
   Louisowi nie spodobało się to, że głos szatyna zadrżał. Poczuł się tak, jakby coś zrobił, ale nie miał pojęcia, co. Zupełnie, jakby coś się zmieniło od wczorajszego zdarzenia w salonie.
 -Harry, nie wydaje mi się, żeby...
 -Wszystko jest cholernie pięknie i w całkowitej normie, pasuje ci?! - wybuchnął nagle młodszy z nich, uderzając ręką w koc obok siebie. Jego towarzysz zastygł w bezruchu. -Oczywiście, że wszystko jest cudownie, bo przecież mój najlepszy przyjaciel złamał daną mi obietnicę i nie raczył nawet powiadomić mnie, gdzie był i gdzie się wybiera! To chyba oczywiste, że wszystko będzie idealnie, nie sądzisz?
 -Nie chciałem cię budzić, ja po prostu...
 -Obiecałeś mi, że będziesz ze mną spał, bo cię cholernie potrzebuję, nie widać tego?!
   Piosenkarzowi wydało się, że świat na chwilę stanął w miejscu. Patrzył na rozzłoszczonego przyjaciela, czując, jak coś w nim pęka. Miał bałagan w głowie i w sercu.
 -Przepraszam – powiedział cicho, zwieszając głowę. Odpowiedziała mu cisza. -Ja tylko... Wiesz, poszedłem na spacer. Chciałem odetchnąć świeżym powietrzem. Kiedy wróciłem, spałeś, byłeś mocno zmęczony i słaby. Nie chciałem pakować ci się do łóżka i cię budzić, niezależnie od tego, czy mnie potrzebujesz, czy nie- bardziej potrzebujesz snu – zrobił krótką przerwę, czekając na jakąś reakcję. Nadal nic. -Harry, ja po prostu... Naprawdę, przepraszam. Może powinienem był chociaż napisać jakąś kartkę, i zadzwonić kiedy dojechałem do szpitala. Mój błąd.
   Przez kilka minut żaden z nich się nie odzywał. Louis miał wrażenie, że wszystko znów powoli rusza. Odetchnął cicho, przecierając oczy ręką, po czym spojrzał na Harry'ego.
 -Nie wiem co robić, Curly. Jestem trochę zagubiony i zmieszany wszystkim, co się dzieje od dłuższego czasu... ze mną. Przepraszam, jeśli coś robię źle.
 -Praktycznie nigdy nikogo nie przepraszasz – odpowiedział na to Harry, gapiąc się na niego.
 -Ciebie zawszę będę szczerze przepraszać, bo cię... - Louis zawiesił na chwilę głos, patrząc na swoje drżące dłonie. -Bo jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, Hazz.


 
    -Chyba się zakochałem.
    Liam uniósł wysoko brwi, nie będąc pewnym, czy się nie przesłyszał.
 -Zakochałeś się?
 -Tak. Tak sądzę, że się zakochałem.
 -Okej... W porządku, Lou – chłopak patrzył przez chwilę na gościa, lustrując go dokładnie. Wyglądał naprawdę źle, zupełnie, jakby dręczyło go to od dłuższego czasu, a teraz dało o sobie znać. -Możesz mi powiedzieć... co czujesz?
    Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko cichym sykiem i pikaniem maszyn w pokoju.
 -Za każdym razem, gdy ze sobą rozmawiamy, mam ochotę go przytulić i nie mogę przestać się uśmiechać. Gdybym mógł, ciągle byłbym przy nim, tylko i wyłącznie przy nim, towarzysząc mu wszędzie. Kiedy go przytulam, czuję się jak wyjęty z innego, lepszego świata. Kiedy... Kiedy po prostu jest obok mnie, wszystko wydaje się lepsze.
 -On? - Liam nie mógł zamaskować zdziwienia w swoim głosie. Czyżby Louis był zakochany w kimś swojej płci?
 -T-tak – wyjąkał nerwowo zapytany, uciekając wzrokiem.
 -W porządku, Lou, to nie jest nic strasznego albo niedozwolonego – powiedział cicho chory. Sam miał w tej chwili mętlik w głowie, był w szoku. -Dobrze wiesz, że zarówno ja, jak i reszta chłopaków na pewno to zaakceptuje. Wierni fani również. Wszyscy będziemy z tobą, z wami. Okej?
 -Okej.
 -Więc... - Liam zrobił chwilę przerwy, żeby przyjaciel nie poczuł się osaczony. -Więc, jak on ma na imię?
 -Harry.